Strona Glówna › Fora › SPOŁECZNOŚĆ › Wyzwania i zadania › Sim tygodnia #11 › Odpowiedz na: Sim tygodnia #11
Ania wychowała się w kochającym domu, choć nie za często widywała rodziców. Ci bardzo pragnęli zapewnić byt swojemu oczku w głowie, więc z jednej pracy wychodzili do drugiej, albo wręcz szukali jej za granicą. Ania przebywała więc głównie u babci, sympatycznej staruszki, która do swej pełnej piersi z chęcią przytuliłaby cały świat. Babcia była wiekowa, zapewne starsza niż świat, więc nic dziwnego, że oprócz starych baśni i historii z dawnych czasów pamiętała również okres, kiedy to głód zaglądał rodzinie w oczy. Cóż tu więcej powiedzieć – babcia, wedle starych zwyczajów, uważała, że chude dziecko, to niezadbane dziecko, a każde danie powinno się serwować z co najmniej dwoma dokładkami. Obiad jednodaniowy? No co żeś pan(i)!? Pierwsze danie, drugie danie i nieraz deser musi być! Nie powinno więc dziwić, że mała Ania „od zawsze” wyglądała jak precelek na swoich grubiutkich nóżkach. Nie zmieniło się to nawet jak poszła do swojej pierwszej szkoły, gdzie, jak się pewnie domyślacie, stała się obiektem drwin i idealnym kozłem ofiarnym. Piętno grubaski ciągnęło się za nią aż do liceum, mimo że okres dojrzewania obszedł się z nią niebywale – wystrzeliła w górę niczym sosna i wyrosła z dziecięcej nadwagi. Zostały jej tylko kobiece kształty, które ze wstydem chowała za grubymi swetrami i luźnymi spodniami. Mimo że nikt już jej nie dokuczał, ona ciągle czuła się gruba i nieatrakcyjna.
Dopiero na studiach nastąpił przełom – dziewczyna robiła pierwszorzędne notatki, więc wkrótce stała się ulubienicą kolegów i koleżanek z roku. A gdy bliżej poznawali Anię, tym bardziej byli zachwyceni jej osobą – znalazła przyjaciółki, znalazła też zainteresowanie płci przeciwnej. A jeden z kolegów stał się dla niej kimś bardzo szczególnym.
Z pomocą przyjaciółek i swojej miłości, nareszcie uwierzyła w siebie i wyszła ze swojego grubego i luźnego kokonu. Nie tylko odsłoniła ciało, ale też swoją zadbaną twarz, zaczęła się też nieśmiało malować – nie miała w tym żadnej wprawy. Ani się obejrzała, a była już mężatką, matką i przerażoną kobietą. Młodość minęła, dojrzewała niczym wino, ale dopadł ją żal za straconymi latami, kiedy chowała się za fałdami materiału. Kiedy dzieci były już w wieku licealnym, Ania zmieniła swój styl na bardziej drapieżny i zaczęła być stałym bywalcem klubów nocnych, gdzie soki lały się strumieniami, a śpiewy słychać było chyba w całym mieście. Zanim jednak popadła w sokoholizm albo rozluźniła więzi rodzinne, zmęczyła się takim życiem i, uspokojona, wróciła do domowych pieleszy, gdzie już bez większych wyskoków, razem z mężem doczekała emerytury i wnuków.
A babcią nie chciała być byle jaką, tylko taką „spoko, dżezy, kul, czy jak to tam młodzież teraz mówi”. Nigdy sobie nie pozwoliła na przekarmianie wnuczków, nawet jak miała pod opieką swoich największych niejadków. Bawiła się z nimi na ile zdrowie jej pozwalało, a kiedy te poszły do szkoły – z dumą nosiła biżuterię, którą jej robiły z okazji Dnia Babci. A kiedy ze spokojem czekała na kolejne pokolenie swoich potomków, przygarniała następne kocie przybłędy.